Twoje ciało to rękopis,
którego nie da się przepisać bez krwi.
Każda blizna to podpis Boga,
mówiący: przeszłaś przez ogień i nie spłonęłaś.
Twoje kolana znają modlitwy,
których nie wypowiada się głośno,
modlitwy szeptane w nocach bez snu,
gdy miłość była wojną,
a ty nie miałaś nawet zbroi, tylko serce.
Twoje ramiona pamiętają ciężar,
który niosłaś dla innych,
jak matki niosą świat w łonie
i potem w dłoniach, bez prawa do odpoczynku.
Twoje plecy – mapa ucieczek i powrotów,
gdzie każdy kręg to przystanek
na drodze z „nie dam rady” do „znów wstałam”.
Twoje dłonie – święte narzędzia służby,
ciche, wierne, niewidzialne
dla tych, co nie wiedzą, że miłość
często wygląda jak zmywanie naczyń po kimś,
kto nie powiedział „dziękuję”.
Twoje usta – rozdziały nieopowiedzianych historii,
smakujące jednocześnie solą łez
i słodyczą modlitw o cud,
którego się jeszcze nie doczekałaś,
ale ciągle w niego wierzysz.
Twoje oczy – światła latarni dla tych,
którzy zgubili się w sobie,
bo ty wiesz, jak to jest
szukać siebie w rozbitym lustrze
i odnaleźć tylko oddech.
Twoje stopy – znają drogę,
nawet kiedy ty jej nie znasz,
bo dusza uczy się kierunku
wcześniej niż rozum.
Każda część Ciebie to święte świadectwo.
Nie tylko przetrwania, ale oddania.
Nie tylko bólu, ale służby.
Nie tylko przeszłości,
ale tej siły, która mówi:
moja historia to hymn,
nie pomnik cierpienia –
to ogień, który czyni mnie światłem.
