Mówią, że kiedyś sól była walutą.
Że żołnierzom płacono nią za krew.
A dziś?
Musimy płacić nią za prawdę.
Za każdą chwilę, kiedy nie pozwalamy światu
ubrać nas w cudzą skórę,
nie swoim głosem mówić nasze „tak”,
nie swoją duszą odczuwać nasze „nie”.
Mówią: stań się wart swojej soli.
A ja pytam – co to znaczy,
gdy sól sypią nam na rany,
zamiast pod język,
żeby przypomnieć smak życia?
Bo żyjemy w czasach,
gdy lęk ma kampanię reklamową,
a prawda jest starą kobietą
z pomarszczoną twarzą,
siedzącą na końcu autobusu historii.
Nikt jej nie słucha,
bo nie krzyczy.
Ale ona patrzy.
Na ciebie.
Na mnie.
Na nas wszystkich,
którzy zapomnieli,
że przyszliśmy tu po coś więcej niż przetrwanie.
Byliśmy kiedyś dzikusami światła.
Dziećmi nieba i ziemi.
Każde z nas z rękami pełnymi ziarna,
językami gotowymi siać mądrość,
sercami jak świątynie –
nie zamknięte, ale otwarte,
na gości, na pytania, na ogień.
Teraz…
świat mówi: dostosuj się albo zgiń.
Ale dusza mówi: pamiętaj,
kim byłeś, zanim ci powiedzieli, kim masz być.
To jest wojna.
Nie taka z bronią, ale z lustrami.
Z milczeniem.
Z przekonaniem, że jesteś za mała,
żeby coś zmienić.
Ale ty jesteś rewolucją.
Z każdym oddechem, który bierzesz bez pozwolenia.
Z każdym dniem, kiedy nie zgadzasz się milczeć.
Z każdym razem, gdy nie tłumisz łez,
ale pozwalasz im oczyścić drogę do serca.
Bo może właśnie tak się zaczyna uzdrowienie:
nie od głośnych przemówień,
ale od szeptu,
który mówi: jestem tutaj. jestem sobą. i to wystarczy.
Nie musisz być gotowa.
Musisz być prawdziwa.
Bo kiedy stajesz w swojej pełni –
nawet jeśli się boisz –
świat nie może cię już zmanipulować.
Nie może sprzedać ci strachu w ładnym opakowaniu.
Nie może zamknąć cię w klatce,
do której nie masz klucza,
bo trzymasz go we własnej piersi.
To jest twoja sól.
Twoja wartość.
Twoje imię wypowiedziane bez wstydu.
Więc idź.
Stań się warta swojej soli.
Nie dlatego, że ktoś ci każe.
Ale dlatego, że przyszłaś tu właśnie po to:
by rozpuszczać fałsz,
jak sól w wodzie.
By wracać do prawdy,
jak do domu.
